|
Kiedy czegoś gorąco pragniesz,
cały wszechświat sprzyja potajemnie twojemu pragnieniu.
BBC Wold News transmituje właśnie wizytę Obamy z twierdzy Cape Coast w Ghanie. Było to jedno z głównych miejsc, z których trasportowano niewolników z Afryki Zachodniej do Ameryki. Trudna wspólna historia Ghany i USA.
skomentuj (0)
„Podróż przecież nie
zaczyna się w momencie, kiedy ruszamy w drogę, i nie kończy, kiedy dotarliśmy
do mety. W rzeczywistości zaczyna się dużo wcześniej i praktycznie nie kończy
się nigdy, bo taśma pamięci kręci się w nas dalej, mimo że fizycznie dawno już
nie ruszamy się z miejsca. Wszak istnieje coś takiego jak zarażenie podróżą i
jest to rodzaj choroby w gruncie rzeczy nieuleczalnej.”
Ryszard Kapuściński
skomentuj (1)
i sytuacji politycznej tego kraju, którą zna o wiele lepiej ode mnie :)
Polecam!
http://www.afryka24.pl/tekst-15998/Anna-Radlowska-Demokracja-na-trzy-z-plusem
skomentuj (1)
Mam problemy z internetem, stąd cisza z mojej strony.
Wtorek i środę spędziłam na załatwianiu tysiąca spraw. Całymi dniami jeździłyśmy z Małgosią po Akrze, szukając różnych rzeczy, m.in. plakatów filmów afrykańskich, których potrzebujemy na Afrykamerę 2009 we Wrocławiu. Jesteśmy umówione z jakimś panem w TV3 na wtorek. Strasznie trudno jest je zdobyć.
W czasie tych dni spotkałam się już z Anią, Grażyną, Frankiem (misjonarzem z Jemy). Wczoraj skontaktowałam się z Kwame, którego poznałam jeszcze w czasie studiów w Niemczech. Spotkamy się może dzisiaj. Dużo się dzieje :)
A w tle ghańskie przygotowania do wyborów prezydenckich, które odbędą się w niedzielę.
Ghańczycy będą głosować poprzez odcisk palca (linii papilarnych). Nie wszyscy potrafią pisać. Dodatkowo, by uniknąć wielokrotnego głosowania przez jedną osobę, każdy po głosowaniu będzie miał pomalowany czymś palce, aby można było rozpoznać, że już zagłosował.
skomentuj (2)
Obudziłam się o 4, ale tylko przez pomyłkę ;) Źle dodałam, czy odjęłam godzinę, nastawiając budzik w telefonie, w którym mam jeszcze polski czas. Planowałam wstać o 6 ;)
O 8 byliśmy już gotowi na spotkanie z szefostwem firmy budującej centrum. Dwugodzinna, trudna rozmowa nt. opóźnienia i planu, w jaki sposób nadgonić zaległości. Trudna, bo różnice międzykulturowe w rozumieniu „terminów” były bardzo wyraźne i znaczące.
Mimo trudności jestem dobrej myśli!
Po południu wróciłam do Akry.
skomentuj (1)
Niedziela 2008-12-01 21:25:41
Nikt nie czekał na mnie ze śniadaniem. Wstałam ostatnia ;)
O. Joachim pracuje teraz w Yendi – na północy Ghany. Przyjechał na kilka dni na południe, by się ze mną spotkać i pozałatwiać różne sprawy związane z projektem. Jako ksiądz - niezależnie od tego, gdzie jest - ma obowiązek odprawiania mszy co niedzielę. I tym sposobem drugi raz (pierwszy raz latem ubiegłego roku u innego misjonarza w Tamale) brałam udział w mikro mszy. Usiedliśmy w salonie wokół stołu. O. Joachim przyniósł specjalny neseser, w którym przewozi wszystkie potrzebne do mszy „gadżety”. Wyjął je i przemienił stół w ołtarz. 30-minutowa msza w Ghanie to ewenement! ;) Przywykłam do dwu- i czterogodzinnych ;) choć nie ukrywam, że wersja Joachimowa bardziej mi pasuje.
Była to pierwsza niedziela adwentu. W krótkim kazaniu dla naszej czwórki (byliśmy z Larrym – amerykańskim terapeutą współpracującym z Life and Hope i dwoma chłopcami mieszkającymi przy L&H) o. Joachim odniósł się do adwentu jako czasu oczekiwania i stwierdził, że Ghanę można by ochrzcić Krajem Adwentu... tutaj na wszystko się czeka i czeka, i czeka...
Ja tego dnia też czekałam... na poniedziałek. Dopiero dziś mogliśmy zdziałać coś w sprawie projektu.
Wolną niedzielę trzeba było zatem jakoś wykorzystać :)
Namówiłam o. Joachima na zakupy w Aburi (to miejsce, w którym kiedyś odwiedziłam ogród botaniczny). Niedaleko jest miejsce, w którym obok siebie pracuje wielu rzeźbiarzy. Idealne miejsce na szukanie artystycznych perełek ;) Zapytałam o. Joachima, ile mi daje czasu (stwierdził, że poczeka z Larrym w samochodzie). Powiedział, że mogę chodzić, ile chcę. Oglądanie, wybieranie i targowanie się zajęły mi w sumie ponad godzinę ;) Opłacało się poświęcić na to trochę czasu. Musiałam odświeżyć umiejętność targowania się. Tym razem trudno było komuś wmówić, że jestem Ghanką. Dopiero, kiedy przyjeżdżam tutaj, olśniewa mnie, jak jestem BIAŁA!!! Od razu widać, że niedawno przyjechałam. Rzeźbiarze swoje historie, ja swoje. I tak toczy się tam życie :)
Po obiedzie odwiedziła mnie Tina – autorka wszystkich moich ghańskich sukienek, z którą mieszkałam przez pół roku w Akrze. Miło było znowu ją zobaczyć :) W tym tygodniu planuję odwiedzić Dome – mój ghański dom i rodzinkę.
skomentuj (1)
|